Niedziela, 23 kwiecień 2017 r.
Ilony, Jerzego, Wojciecha
wyszukaj na stronie:   
You need to upgrade your Flash Player This is replaced by the Flash content.
Tylko Bóg może wziąć życie, ponieważ tylko on je daje.

Gandhi
1% podatku dla Caritas Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego ORDYNARIAT POLOWY WP na FACEBOOK
Polecamy
2013-10-29
Z błogosławieństwem Matki. Gen.bryg. Janusz Brochwicz Lewiński („Gryf”) czyli żołnierski los pod ochroną Miłosierdzia Bożego (Elżbieta Szmigielska-Jezierska)

Siedzę przy szpitalnym łóżku Pana Generała i słucham opowieści o życiu, które nie było ani „bajką, ani snem”. To żołnierski los naznaczony niezwykłą odwagą i kompetencją, doświadczeniem cierpienia… i wielką siłą modlitwy wstawienniczej matki - Jadwigi. Generał brygady Janusz Brochwicz Lewiński – skazany przez Sowietów na śmierć we wrześniu 1939 r., bohater Powstania Warszawskiego, przydzielony przez szefa Kedywu AK płk. „Nila”  (późniejszego gen. Emila Fieldorfa) do Batalionu „Parasol”, po wojnie oficer 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego w Szkocji, oficer wywiadu brytyjskiego. Przez 58. lat na przymusowej emigracji, do Polski wrócił w 2002 r. Człowiek, który z rotmistrzem Pileckim rozmawiał w Murnau, a przez rok był m.in. podkomendnym „Zapory” - Hieronima Dekutowskiego. – On trafił na „Łączkę”, ja uniknąłem śmierci wiele razy…

Na odwrocie pożółkłego obrazka, z którym Pan generał nie rozstawał się od 30 sierpnia 1939 r., widnieje napisana ołówkiem data 5 X 1944. To dzień, kiedy ciężko ranny „Gryf” opuścił Warszawę i dostał się do niewoli jenieckiej. Najpierw do obozu w Lamsdorf , a potem do Murnau.

Zastanawiające… To dzień śmierci św. siostry Faustyny Kowalskiej, Apostołki Miłosierdzia Bożego, czyli jej narodzin dla nieba.
Stan rannego w twarz młodego powstańca był tak beznadziejny, że kapelan wojskowy, który udzielał mu ostatniego namaszczenia  w szpitalu polowym Bonifratrów, usłyszał od lekarza , że nie ma szans na przeżycie.

Mały pożółkły obrazek Jezusa Miłosiernego z napisem „Jezu, ufam Tobie” wisi dziś w mieszkaniu Pana Generała Janusza Brochwicz Lewińskiego jako najcenniejsza relikwia po Mamie, Jadwidze. Obok dużego formatu obrazu Jezusa Miłosiernego, podarowanego przez żołnierzy „Grom” w czasie Mszy św. celebrowanej  w Kościele na ul. Żytniej. To do tego klasztoru Pan Jezus skierował kroki Heleny Kowalskiej - przyszłej świętej Faustyny. Tutaj także 2 sierpnia 1944 r. młody powstaniec „Gryf” uczestniczył wraz z kolegami i koleżankami we Mszy św. przed słynną akcją w Pałacyku Michla.


A lato było piękne w Wołkowysku…

Młody podchorąży Janusz, „rocznik papieski”-1920, miał jeszcze 10 dni urlopu, gdy przyszedł rozkaz z Grodna.  Spędzał ten czas  w majątku ziemskim swojej babki i matki koło Wołkowysku, na dzisiejszej Białorusi, a w II Rzeczypospolitej - na terenie województwa białostockiego.
- To był rozkaz natychmiastowego powrotu do mojej jednostki , 76. Pułku Piechoty im. Ludwika Narbutta w Grodnie.
Na pożegnanie mama Jadwiga uściskała swojego jedynaka i dała mu niebieski obrazek Jezusa Miłosiernego.
- Ten obrazek będzie cię chronił, on jest poświęcony, powiedziała, noś go ze sobą.
- Matka, osoba bardzo religijna, święta, otrzymała go - opowiada Janusz Brochwicz – Lewiński, od proboszcza z Wołkowysku, który powiedział jej, że ten obrazek ma wielką moc… Nosiłem go zawsze przy sobie, w mundurze lub w portfelu razem z legitymacją wojskową.
- Można przypuszczać, pisze siostra M. Elżbieta Siepak, ZMBM, że ten obrazek ów proboszcz z Wołkowysku otrzymał od ks. Michała Sopoćki, który znał to miasteczko, bo w 1920 roku był tu jako kapelan wojskowy. Także modlitwa drukowana na rewersie (modlitwa do Chrystusa Króla) -   pisze dalej siostra Siepak, wskazywałaby na ks. Sopoćkę, któremu idea Chrystusa Króla była szczególnie bliska. – Wydaje się, że tylko ks. Sopoćko mógł przed II wojną światową owemu proboszczowi powiedzieć, jakie znaczenie ma obrazek Jezusa Miłosiernego, podkreśla przełożona Faustynek.
Lewińscy pieczętujący się herbem Brochwicz to ród, którego tradycje rycerskie sięgają czasów Krzywoustego. To wtedy za zasługi wojenne Lwa Brochwicza zostali uhonorowani nadaniami ziemskimi przez księcia Bolesława. - Do dziś na Śląsku i na Pomorzu żyją potomkowie rodu, opowiada Pan generał.
Wybór powołania żołnierskiego i podchorążówki w Grodnie nie był więc w życiu Janusza Brochwicza Lewińskiego przypadkiem. - Moi krewni byli wysokiej rangi wojskowymi. Jeden, Bolesław Brochwicz Lewiński, legionista, był szefem sztabu u Andersa, a w rządzie londyńskim -  ministrem obrony. Drugi stryj, Zbigniew Brochwicz Lewiński był szefem Departamentu Kawalerii w Warszawie, walczył w 1920 roku, był dowódcą 19. Pułku Ułanów. Obaj brali udział w bitwie na Monte Cassino.
Pani Jadwiga Brochwicz Lewińska widziała  w czasie wojny polsko-bolszewickiej, do czego zdolni są ludzie okaleczeni przez tę zbrodniczą, bezbożną ideologię. Duchowieństwo, ziemianie, wojsko, inteligencja - zostali w pierwszej kolejności mianowani na „wrogów ludu”, przeznaczonych do likwidacji. Po 17 września 1939 r., kto więc mógł, uciekał ze swoich rodowych siedzib, by uniknąć deportacji, a potem „dołów śmierci”. Pani Jadwiga oddała swego jedynaka na służbę Ojczyźnie, ale zapewniła mu na tyłach „logistykę duchową”. Cały czas polecała go w modlitwie Panu Jezusowi i jego Matce, by chronili go „od zła wszelkiego” (syn zachował listy od Matki). Matka i syn ostatni raz widzieli się przed Powstaniem Warszawskim.


„Burżuj, kapitalista”- rozstrzelać

- Zameldowałem się u dowódcy kompanii wsparcia, w której dowodziłem działkami przeciwpancernymi, opowiada dalej gen. bryg. Brochwicz Lewiński.

W początkach września 1939 r. operowali na granicy Prus Wschodnich. Narastał niepokój, nasilały się alarmy nocne. Korpus Ochrony Pogranicza potrzebował wsparcia, więc przerzucono ich do Słonimia i Baranowicz.
- Dowiedzieliśmy się, że bolszewicy bez wypowiedzenia wojny wkroczyli na teren Rzeczypospolitej. Sytuacja była tym trudniejsza i niejasna, że dowódcy brygad nie wydali rozkazu: bij bolszewika ! Nie było też jednoznacznego komunikatu, że jesteśmy właśnie w stanie wojny z Rosją sowiecką –opisuje realia wrześniowe ówczesny młody oficer.

Mimo okrążenia, w którym znalazł się odział Janusza Brochwicza, udało im się zniszczyć parę czołgów sowieckich i samochodów pancernych. Wraz z innymi żołnierzami trafił do obozu okolonego drutem kolczastym, gdzie przebywało kilkuset żołnierzy różnych formacji i stopni. Enkawudziści rozpoczęli selekcję…
- Chciałem udawać szeregowego żołnierza, by ocalić życie, więc odprułem naszywki. Nie udało się; ich pomocnik, polski Żyd poznał, że jestem podchorążym: - To praporszczyk , powiedział. To oznaczało wyrok.

- Postawili mnie pod sąd polowy. Lejtnant NKWD orzekł, że jestem „burżujem, kapitalistą”- to wystarczyło, żeby skazać na śmierć. Starszych dziesięciu oficerów rozstrzelali z naganów od razu. Nas pięciu wzięli osobno, na bok…
Czym może być nieprzespana noc w piwnicy w oczekiwaniu na śmierć dla dwudziestolatka ?...
- To była potworna noc, wyobrażałem sobie, jak mi wykręcają ręce do tyłu i wyprowadzają…
Co się wydarzyło tej koszmarnej nocy, że egzekucję odwołano, Pan generał nie wie do dziś.
- Następnego dnia wsadzili nas jeńców do dwóch wagonów towarowych, podczepionych do pociągu osobowego. Pamiętam, jak mijaliśmy graniczną stację (granica Polski sprzed 1939 r.) -  Niegorołoje. Już wiedziałem, że wiozą nas w głąb Rosji.
Naradzili się. Saper , który był w tej piątce jeńców, powiedział, że przed nimi wybór: ucieczka albo śmierć. Pociąg stawał na stacjach, by zaczerpnąć wody do lokomotywy. Słyszeli ten charakterystyczny dźwięk pompowania wody. Wyjęli z podłogi kilka desek. Podczas kolejnego nocnego postoju uciekli. Osobno; każdy w innym kierunku.
- Miałem przy sobie busolę, byłem dobry z terenoznawstwa, a przy tym nieźle wysportowany. Dziennie szedłem około 20 do 30 kilometrów. Tak doszedłem do Bugu.
Przeprawa przez rzekę wpław była przy tak wysokiej wodzie niemożliwa. Uciekinier wypatrywał łódki. Nad wodą pojawił się młody rybak w…wojskowych butach i swetrze.
- Pomyślałem sobie, że to nasz chłopak. Dałem sygnał. Podszedł do mnie. Umówiliśmy się, że przewiezie mnie łódką w nocy. Było niebezpiecznie, bo po obu stronach rzeki były posterunki: niemieckiej żandarmerii wojskowej albo NKWD. Około 2. w nocy przyniósł mi coś do jedzenia i poinstruował, gdzie mam wyjść po drugiej stronie rzeki i w jaką stronę iść na Warszawę.

Przesiedziałem godzinę w krzakach, ruszyłem w drogę, a po 15. kilometrach trafiłem na małą stacyjkę.

I znów modlitwa mojej mamy i ten obrazek Jezusa Miłosiernego mnie prowadził… Stał tam skład z niemieckim transportem drewna. Ukryłem się między deskami. Pociąg jechał w stronę Warszawy.


Tragarz, kierownik składu węgla – żołnierz AK

W Warszawie miał wojskowe kontakty, tu byli kuzyni.
- Początkowo ukrywałem się w małym mieszkanku u człowieka, który zawiadomił ukrywających się znajomych oficerów. W ZWZ zostałem zaprzysiężony w czerwcu 1940 roku pod pseudonimem konspiracyjnym „Gryf”. Znajomi załatwili mi początkowo pracę tragarza w „Społem” i fałszywe dokumenty, kenkartę. Po trzech miesiącach ZWZ znalazł mi pracę w „Społem” w Lublinie.

Awansował na magazyniera, a potem został kierownikiem… w niemieckim biurze dużego składu węgla. Firma zajmowała się spławianiem do portu w Puławach barek z węglem ze Śląska. To stwarzało możliwości przekazywania cennych informacji polskiemu wywiadowi.
Pracowitością, taktem, świetną znajomością niemieckiego zyskiwał zaufanie Niemców i …rozszerzał swoje możliwości swobodnego poruszania się między granicą III Rzeszy a Generalną Gubernią.

Rodzice, Stanisław, profesor UJ i mama Jadwiga nauczycielka, przywiązywali dużą wagę do nauki języków swojego syna. Ta znajomość języków - niemieckiego, francuskiego, angielskiego, okazała się kapitałem, który procentował wielokrotnie w życiu Pana generała; ratował życie i zapewnił powodzenie wielu operacji wojskowych.
W tygodniu pracował dla Niemców. - Przełożony Niemiec cenił mnie za pracowitość i dyspozycyjność.     W soboty i niedziele „Gryf” szkolił swoich podkomendnych w lesie.
 - Moim zadaniem było przygotowanie grupy w sile plutonu, około 30 ludzi, których szkoliłem w małych grupach po pięć, sześć osób. Miałem tam młodego żołnierza, który w 1942 roku został schwytany przez gestapo w łapance w Puławach. Zawieziono go do zamku w Lublinie. Tam torturowano i wyciągnięto z niego informacje. To była katastrofa. Znał m.in. mój adres i wiedział, gdzie pracuję. Zostałem powiadomiony przez nasz wywiad, który dokładnie wiedział, co on zeznał. Współpracowało z nami paru oficerów granatowej policji, którzy mieli znajomości w niemieckiej policji kryminalnej (Kripo) i w gestapo. W ten sposób dotarła do mnie informacja, żebym uciekał.
To wtedy działał w oddziałach leśnych na Lubelszczyźnie, m.in. pod komendą „Zapory” - Hieronima Dekutowskiego (ekshumowany jako jedna z ofiar stalinowskich oprawców na powązkowskiej „Łączce” ).
W 1944 roku przyjechał na inspekcję oddziałów Kedywu Okręgu Lubelskiego wówczas jeszcze pułkownik Emil Fieldorf (zamordowany przez komunistów), który zadecydował o przeniesieniu go do Warszawy, do grupy szturmowej „Parasola”.


5. szturmów na  Pałacyk Michlera
Tego Pałacyku na Woli już nie ma. Pozostał w powstańczej piosence, na starych rycinach i we wspomnieniach trzech żyjących jeszcze obrońców „Pałacyku Michla, Żytnia, Wola”- gen. Brochwicza, łączniczki „Grażki” i „Brzozy”. Podobnie jak młynów parowych, których właścicielem był Karol Michler. Ale jest pamiątkowy kamień, gdzie każdego 5 sierpnia się gromadzą, bo to dla nich miejsce święte. - Obrona tego miejsca to dla mnie takie powstańcze ”polskie Termopile”, wyznaje generał. Chociaż wielu próbowało zdyskredytować nasz militarny sukces. Nie mieliśmy szczęścia do public relation, uśmiecha się generał…
1 sierpnia 1944 r. 1 kompania Batalionu „Parasol”   w sile ok. 25 osób zameldowała się na zbiórce na Elektoralnej. Dostali rozkaz dołączenia do reszty batalionu na Żytniej i Młynarskiej.
- 3 sierpnia byłem na patrolu rozpoznawczym i znalazłem budynek, który mógł posłużyć za fortecę i zasadzkę dla Niemców. To był pałacyk Michlera. Zameldowałem dowódcy o moim planie. Z grupą szturmową zająłem pozycje na Wolskiej 40/42.

- W przeddzień pierwszego szturmu , 4 sierpnia wieczorem, w salonie na górze, zrobiliśmy sobie „wieczorynkę”. Były łączniczki, sanitariuszki, moja grupa szturmowa i dowódca kompanii „Rafał”. ( Stanisław Leopold). Trochę wina zdobytego na Niemcach. Podchorąży „Ziutek” Szczepański, mój dobry kolega, usiadł przy pianinie Bernstein i napisał słowa oraz melodię piosenki „Pałacyk Michla”.
W otwartym starciu z brygadą SS Dirlewangera, zaprawionego w bojach na froncie wschodnim, nie mieli szans. Te oddziały złożone z kryminalistów, którym dano szansę ucieczki przed szubienicą, były zajadłe w walce na śmierć i życie.
- 5 sierpnia rano czujka zameldowała, że w naszym kierunku w szyku zbliża się duża formacja. Niemcy nie spodziewali się tam naszej obecności, ponieważ w dzień nikt nie poruszał się w obrębie posesji.
Zadziałał efekt zasadzki. Wybili sporo Niemców. Aby sanitariusze mogli zabrać swoich rannych, Niemcy zrobili zasłonę dymną W sumie „chłopcy spod Parasola” odparli cztery szturmy. Dopiero w trakcie piątego, gdy na dziedziniec wjechał niemiecki czołg, dowództwo „Parasola” wydało rozkaz odwrotu.
- Niemcy byli wściekli. Wzięli odwet na ludności cywilnej Woli. Do dalszej walki na Woli rzucili doborową dywizję pancerną Herman Goering. Świetnie wyszkoleni komandosi, dobra łączność radiowa. – Trochę się na tym znam.
Janusz Brochwicz  Lewiński doświadczył 8 sierpnia 1944 r. dramatycznej prawdziwości twierdzenia, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Obrazek Jezusa Miłosiernego, omodlony przez mamę, po raz kolejny okazał swoją ochronną moc ufności.
- Dostałem pluton żołnierzy z rozkazem wykurzenia Niemców z cmentarza ewangelickiego na Woli. Ich snajperzy, w kamuflażowych mundurach mieli zasadę: jeden strzał ,jeden Polak. Celowali precyzyjnie: w krtań, w serce, między oczy. Najcenniejszymi ofiarami byli oczywiście dowódcy. Poprowadziłem z dziesięcioma chłopakami atak. Gdy wydawałem rozkaz: skokami naprzód, trafił mnie snajper. Tylko jakieś minimalne poruszenie głowy sprawiło, że kula wyszła bokiem, a nie z tyłu głowy, tak jak strzelec zaplanował. Leżałem we krwi obok grobu i wówczas przeżyłem śmierć kliniczną. Opuściłem w jakiejś duchowej formie swoje ciało i znalazłem się w jakiejś strefie, gdzie było zielono, wszechogarniający błękit i spokój…
Obudził się dopiero w szpitalu polowym św. Jana Bożego na Bonifraterskiej. Tam oczyścili mu wielką jak spodek ranę w twarzy i zaszyli. Tylko tyle mogli zrobić. I znów decyzja jego dowódcy por. Leopolda „Rafała” (zginął przy Pałacu  Krasińskich) o ewakuowaniu rannego na Freta, podjęta w samą porę, uratowała mu życie. Już niebawem do szpitala weszli Niemcy – nie oszczędzili nikogo; wymordowali rannych, sanitariuszki, lekarzy, księży, dzieci…
Kolejne bombardowanie i ewakuacja do następnego szpitala. Nieśli go na noszach kanałami z placu Krasińskich. To był heroiczny wyczyn sanitariuszki i niosących rannego żołnierzy. Przejście przez piekło.
- Ciągnęli mnie na lince, smród, szczury, wąskie przejścia, krzyki ludzi, którzy nie wytrzymywali psychicznie. Gdy mnie wyciągnęli na powierzchnię po dwudziestu paru godzinach byłem półprzytomny, a moi wybawcy wycieńczeni…
Nastał moment kapitulacji powstańczej Warszawy i pójścia do niewoli.
- Jeden major zapytał mnie , czy chcę iść do niewoli z  chorymi czy zdrowymi. Chciałem ze zdrowymi, choć ledwo powłóczyłem nogami.
Stacja Pruszków, a tam pociąg w kierunku  obozów jenieckich w Lamsdorf  (Łambinowice) i Murnau.
- Mój stan zaczął się pogarszać; wdała się gangrena kości szczękowych. I tu kolejny raz doświadczyłem, że  jestem pod najlepszą opieką Opatrzności. Gdy 27 kwietnia Amerykanie wyzwolili obóz w Murnau, jakiś pułkownik, Polak z pochodzenia, sprawił, że dostałem zieloną kartę z krzyżykiem. Transport lotniczy do szpitala specjalistycznego do Francji. Tam niestety nie było chirurgii szczękowej, bo amerykański szpital został właśnie ewakuowany. Zapytali mnie, gdzie chcę lecieć: do Ameryki czy do Anglii. Chciałem do Anglii. Tam spędziłem noc na lotnisku w domku pilotów, później przyjął mnie, powiadomiony, generał Tadeusz Komorowski „Bór” Zajął się mną jak ojciec. Okazało się, że życie zawdzięcza mojemu stryjowi, Zbigniewowi Brochwiczowi Lewińskiemu, który był jego dowódcą w 1920 roku.
Operację transplantacji kości z biodra do twarzy przeprowadzili mu chirurdzy w Szkocji.


Najlepszy Ratownik
Św. Siostra Faustyna i bł. ks. Michał Sopoćko zanieśli światu zanurzonemu w grzechu, targanemu niepokojami, najlepsze orędzie o Bożym Miłosierdziu. Jest tak niezgłębione, tak nieograniczone jak nieograniczony ludzką logiką może być tylko sam Bóg - najlepszy Ratownik.
Pan generał Janusz Brochwicz Lewiński, powierzony Jego opiece przez kochającą i świętą matkę, przeżył tyle niebezpieczeństw, które człowiek człowiekowi może zgotować, że dziś może świadczyć i wysławiać Boże Miłosierdzie…
Po wyjściu ze szpitala w Szkocji w 1945 r. rozpoczął kolejny etap swojego życia - doświadczył losu Polaka tułacza, emigranta. Do Polski mógł wrócić dopiero po 58. latach, w 2002 r. Jako oficer wywiadu brytyjskiego wielokrotnie wychodził z opresji, w których jego życie było zagrożone. Jak w Hajfie, w czasie wojny izraelsko – palestyńskiej.
- Znałem mentalność żydowską, spełniałem zadania „wąchacza” - sędziwego pana generała, obdarzonego fenomenalna pamięcią, nie opuszcza poczucie humoru mimo tylu traumatycznych przejść – Wiedziałem, że w kibucach szkoleni są terroryści.
Gdy Żydzi powiesili 11. brytyjskich żołnierzy, znaleźli się z kolegą podczas patrolu w zasadzce. Dwóch przeciw dziesięciu. Udało się i tym razem.
Było jeszcze cudowne ocalenie z wypadku w Niemczech, gdy najechała nań 10. tonowa ciężarówka. Cało wyszedł również , gdy wracał nocą z przesłuchiwania podejrzanych. Jego łazik został ostrzelany…
Ale i po powrocie do ojczyzny nie był bezpieczny. Czyżby jego wywiadowczą wiedzą, ktoś czuł się zagrożony?. To pytanie tyleż naiwne co retoryczne.
Dwukrotnie zostały podjęte próby jego otrucia.

***

Żołnierze „Gromu” przyjmują Pana Generała u siebie z wielką czcią. A on sobie ich szacunek bardzo ceni. Odważni cenią odważnych. Ksiądz ppłk Andrzej Jakubiak, były kapelan „Gromu”, pochyla się przy łóżku Pana Generała z wielka atencją.

Elżbieta Szmigielska – Jezierska

 PS. Prezydent Lech Kaczyński 3 maja 2008 roku awansował Janusza Brochwicz Lewińskiego na stopień generała brygady.
ORDYNARIAT-FB
Nasza Służba 07/2017
Informator
Diecezji Polowej

Copyright © Kuria Polowa WP 2004 - 2017
ul. Tokarzewskiego-Karaszewicza 4; 00-911 Warszawa 62
tel. c. (0-22) 826-05-68; w. 261-87-31-93; fax c. (0-22) 826-93-37
e-mail: opwp@ron.mil.pl;